Blog

Nålbinding – jak dziergali Wikingowie zanim wynaleziono druty i szydełka?

Nålbinding? Co to jest, na bogów?!

Gdy mówimy o rzemiosłach, które odtwarza nasze stowarzyszenie jest to najczęstsze pytanie padające z ust słuchaczy. Nålbinding to nie imię nordyckiego boga, lecz starożytna technika plecenia igłą, poprzedzająca szydełkowanie i robienie na drutach. Materiał powstaje poprzez zahaczanie o siebie kolejnych pętelek włóczki, rząd po rzędzie, przy pomocy jednej dużej igły z drewna lub kości. Igła używana do dziania włóczki jest zazwyczaj dość duża, płaska, tępa i o dużym oku.

coppergate Antler needles 9th-10th

Kościne igły ze znaleziska York Coppergate

Zazwyczaj nålbinding postępuje od lewej do prawej, tzn. w przeciwnym kierunku niż dzianie i szydełkowanie. Nici nie pochodzą z kłębka, ale trzeba je ciąć na odpowiedniej długości fragmenty (wełnianej) przędzy. Im krótsza nitka, tym łatwiej. Nålbinding charakteryzuje się tym, że nie da się spruć ściegu pociągając przędzę, tak jak to można zrobić podczas robienia na drutach i szydełkowania.

 

Trochę historii i techniki

Obecnie często kojarzy się tę technikę z Wikingami i Skandynawią, szczególnie wschodnią częścią Finlandii. To zapewne dlatego, że w tych rejonach nie została ona kompletnie wyparta przez szydełko i druty. W rzeczywistości jednak nålbinding było znane prawie na całym świecie. Najstarszy fragment, kawałek siatkowego sita z włókien roślinnych, pochodzi z jaskini w Izraelu, Nahal Hemar, około 6500 p.n.e. Najwcześniejsze znalezisko potwierdzające tę technikę w Europie północnej datuje się na 4200 p.n.e. (!) i pochodzi z Danii.

Najwcześniejszy znany w Europie fragment dzianiny uzyskany techniką nålbinding.

Są dziesiątki sposobów wykonania ściegów, a każda osoba ma nieco indywidualną technikę dziania. Dotyczy to przede wszystkim rozpoczynania pierwszych pętelek – każdy zaplata nici na palcach w różny sposób. Najbardziej popularne ściegi wśród rekonstruktorów epoki Wikingów to ściegi z Oslo, York, Mammen i Fiński. Nazwy oczywiście pochodzą od miejsc znalezisk archeologicznych.

Ścieg z Oslo, od niego proponujemy zacząć

Co można uzyskać tą techniką? Praktycznie wszystko! Ściegi nålbinding dają możliwość tworzenia wielu przestrzennych kształtów. Możemy więc zrobić sobie wikińskie skarpety, rękawiczki, czapki, a nawet i… smoka!

Kolaż by Wici (jeno smok internetowy:)

Każdy element wspomnianej wyżej garderoby ma swoją technikę wykonania i łączenia. Na przykład w skarpetkach jest co najmniej kilka metod wykonywania pięty. Można ją doszyć jako osobny obiekt (Uppsala, Szwecja)  lub wykonać od razu z całą skarpetką (norweskie all-in-one) i to też na kilka sposobów. Dla nas najłatwiejsze wydaje się wykonanie całej skarpetki bez pięty, a następnie „dodzianie” pięty do istniejącej już części. Ta technika, a przynajmniej potwierdzające ją znalezisko, pochodzi z Jórvík (stara nordycka nazwa na angielski York).

Kolaż (i skarpetki!)  by Wici

Więcej o nålbinding znajdziecie tu:

Prawdziwa kopalnia wiedzy i przykładów: http://www.en.neulakintaat.fi/1

oraz

M.Volken, The little book of Nålbinding, 2015.

U.Claßen-Büttner, Nålbinding – What in the World is That?, 2015.

 

Tkanie a medytacja, czyli co to są te krajki?

weaving loom coffee mug

Kawa i tkanie to świetny początek dnia. Praktycznie każdy może nauczyć się tkać, efektem są piękne wyroby, no i swego rodzaju medytacja, ponieważ utkanie 1 metra zajmuje (w zależności od wzoru) nawet 3-4 godziny. W Wiciach obecnie tkamy i uczymy tkać krajki – jedno- lub wielobarwne taśmy tkane z wełny, bawełny i lnu. Krajki wykorzystujemy głównie w rekonstrukcji ubiorów wczesnego średniowiecza, kiedy to ta forma ozdabiania brzegów odzieży była szczególnie popularna. Dzisiaj tkactwo tabliczkowe ożywa w ramach rewolucji hand-made’u – krajki stają się popularnym elementem etno-mody, folkowych gadżetów, elementów wystroju wnętrz itp.

Tkactwo historycznie

W średniowieczu osnową krajki najczęściej była wełna, ale zdarzały się także z lnu, który pozyskiwano lokalnie. Bardziej ozdobne taśmy tkano używając jedwabiu – w średniowiecznej Europie importowanego z Cesarstwa Bizantyjskiego, Chin lub Azji Centralnej, przez której teren biegł jedwabny szlak. Jedwab, choć importowano go w postaci utkanego już materiału, rozplatano, żeby wyodrębnić pojedyncze nici.

Krajki mogły być doszywane lub stanowić integralną część materiału – krawędź zabezpieczającą przed pruciem, od której rozpoczynano tkanie (stąd pewnie ich polska nazwa). Najczęściej jednak krajki miały funkcję ozdobnych tasiemek i pasów. Krajka mogła być używana jako zwyczajny ozdobny pasek, ale też do celów rytualnych, kiedy to szczególnie liczyły się jej kolor oraz symbolika. Wśród słowiańskich oraz bałtyckich krajek dominował zdecydowanie kolor czerwony.

slavic tablet woven band

Przykład słowiańskiego wzoru krajki

Jak powstaje splot?

Taśmy można tkać na różne sposoby. W rekonstrukcji historycznej dwa najpopularniejsze to tkanie na bardku, które daje prosty splot, oraz tkanie na tabliczkach, które powodują charakterystyczne skręcanie się nici osnowy. Używając bardka łatwo można utkać kratki i inne wzory z dominującymi pionowymi liniami. W przypadku tabliczek podstawowy wzór to ukośna linia i diamenty (romby).

Splot prosty (bardko) oraz ukośny (tabliczki)

Wzór krajki tkanej na tabliczkach powstaje poprzez przekładanie wątku (nici poziomej) przez przesmyk tkacki, będący przestrzenią między górnymi i dolnymi nićmi osnowy. Przekręcanie tabliczek w przód lub w tył powoduje, że w każdym ruchu nici osnowy zmieniają pozycję (góra-dół). Wzór krajki tworzą wierzchnie nici nawleczone przez dwie górne dziurki tabliczki. Każda tabliczka może obracać się niezależnie, co daje nieograniczone możliwości komponowania nowych wzorów. Działa to tak:

Skąd wiemy o tkactwie tabliczkowym?

Najstarsze tabliczki znaleziono w Hiszpanii, pochodzą z IV wieku p.n.e. Niemniej uważa się, że tkactwo tabliczkowe sięga czasów jeszcze wcześniejszych. Do Europy przywędrowało prawodopodobnie z dalekiego Wschodu. Tkactwo tabliczkowe było powszechnym zajęciem kobiet na farmie. Od około VIII wieku, w związku ze zwiększoną wymianą handlową ze Wschodem i napływem jedwabiu do Europy, tkactwo tabliczkowe uległo coraz większej profesjonalizacji. Zawodowi tkacze wykonywali coraz to bardziej skomplikowane, wymagające dużej ilości tabliczek wzory, a samo rzemiosło stało się popularne wśród arystokratek na królewskich dworach. Profesjonalnie tkane pasy z jedwabiu i złotych nici były wykorzystywane w obrzędach religijnych, uroczystościach, jako ozdoby i kosztowne prezenty.

medieval manuscrpt showing a woman weaving

Źródło: Morgan Library, NY

Dla zrozumienia jak tkano oraz jak wyglądało stanowisko i krosno do tkania duże znaczenie miało odnalezienie w Norwegii statku Oseberg z połowy IX wieku. Łódź z okresu wikińskiego okazała się być miejscem pochówku dwóch kobiet – starszej o wysokiej pozycji społecznej oraz młodszej, prawdopodobnie jej służącej. Przy jednej z nich znaleziono proste stojące krosno z nawleczonymi 52 tabliczkami i fragmentem niedokończonej krajki.

Oseberg Tablets

Nawleczone tabliczki znalezione na statku Oseberg

 Więcej o tkactwie tabliczkowym znajdziecie w:

C. Crocett, Card Weaving, 1991.

P. Collingwood, The Techniques of Tablet Weaving, 2015.

Hełmy z rogami to mit, czyli relacja z wystawy “We call them Vikings”

Wikińskie wojaże w XXI wieku przybrały formę wspaniałej wystawy “We call them Vikings” stworzonej przez archeologów, historyków i kuratorów Szwedzkiego Muzeum Historycznego w Sztokholmie. Wystawa ta, mobilna niemniej niż jej tytułowi bohaterowie, podróżuje od dwóch lat po całym świecie. My mieliśmy przyjemność zobaczyć ją w Tallinie.

Twórcy wystawy mają zasadniczo jeden cel – wyjść poza stereotyp Wikinga – brutalnego barbarzyńskiego wojownika w skórze niedźwiedzia i hełmie z rogami. To wyobrażenie, utrwalone mocno w popkulturze, pochodzi z kostiumów z premiery dramatu muzycznego “Pierścień Nibelunga” Wagnera wystawionego w 1876 roku. Dramat ten opiera się na luźno powiązanych wątkach mitologii nordyckiej. Kostiumy i rogate hełmy noszone przez Walkyrie i inne postaci dramatu bardzo szybko utrwaliły się w świadomości widzów, a w XX wieku rozpowszechniły się w kulturze popularnej: od seriali, po gry komputerowe oraz logo amerykańskiej drużyny footballowej Minnesota Vikings. Wystawa “We call them Vikings” w prosty i zabawny sposób obala ten stereotyp.

Wystawa kompleksowo przedstawia życie Skandynawów we wczesnym średniowieczu – życie na farmie, rzemiosła, zwyczaje i religię, przekonując, że łupieżcze rajdy i przemoc to tylko część historii Wikingów. “To tak jakby przedstawić realia życia współczesnej Europy tylko z perspektywy żołnierzy”, argumentują twórcy wystawy. Zamiast tego pojawiają się inne pytania: Jak wyglądało życie ludzi, którzy nie brali udziału w wojnie? Jaką rolę w społeczeństwie pełniły kobiety? Jaki wpływ wywarli Skandynawowie na inne kultury? Wystawa odpowiada na te i inne pytania bazując przede wszystkim na obiektach archeologicznych, kamieniach runicznych, sagach i średniowiecznych kronikach.

Kim był zatem Wiking? Twórcy wystawy przekonują, że słowo Wiking dla ludzi w Skandynawii 1000 lat temu znaczyło tyle, ile pirat, ktoś biorący udział w pirackiej wyprawie, także kobiety i dzieci. Wikingiem można było być tylko od czasu do czasu. Możliwe, że było to obraźliwe też określenie. Ludzie w tamtym okresie nie nazywali siebie ogólnie Wikingami, ani też Szwedami, Duńczykami czy Norwegami we współczesnym sensie. Mieli raczej lokalną tożsamość – osady, z której pochodzili lub rejonu, do którego ich osada należała. Bardziej od tożsamości etnicznej liczyła się lojalność wobec wodza i arystokracji.  Dlatego też trudno mówić o jednej wspólnej “kulturze Wikingów”, choć wiele łączyło Skandynawów w tamtym okresie – język oraz panteon bogów, wśród których najbardziej rozpowszechniony był kult Thora.

Wystawa to także raj dla rekonstruktorów! Można na niej zobaczyć setki obiektów związanych z życiem codziennym, biżuterię, broń, artefakty religijne, rekonstrukcje ubrań, butów, tkanin i wiele innych. Poniżej kilka naszych ulubionych obiektów.

Korale, srebrne zawieszki i brosze, znalezisko z Stora Ryk (zdjęcie by Wici)

beads carnelian and rock crystal

Karnelian i kryształ górski cieszyły się popularnością (zdjęcie by Wici)

Posrebrzana brosza z brązu podtrzymująca szelki damskiego fartucha (zdjęcie by Wici)

viking necklace

Sznur korali zawieszany przez kobiety na broszach (zdjęcie by Wici)

Hammer of Thor pendant

Srebrna zawieszka Młot Thora (zdjęcie by Wici)

Czółenko tkackie do ubijania materiału z miłosnym wyznaniem „Myśl o mnie, ja pomyślę o Tobie. Kochaj mnie, ja będę kochał Ciebie” (zdjęcie by Wici)

Całkiem sprawna para męskich butów (zdjęcie by Wici)

odin's head in wood

Odyn! (zdjęcie by Wici)

W czerwieniach!

Dzisiaj farbujemy marzaną barwierską (rubia tinctorum), rośliną używaną od czasów antycznych do pozyskania głównie czerwonego, ale też fioletowego i brązowego barwnika. W średniowiecznej modzie, lubiącej kolory i kontrasty, czerwony był jednym z najpopularniejszych kolorów, stąd i powszechne stosowanie marzany w tamtym okresie (praktycznie w całej Europie). Współcześnie marzana bywa składnikiem farb olejnych i akwarelowych i jest uprawiana na plantacjach zielarskich. Oto ona:

Źródło: Wikipedia, CC BY-SA 3.0

Do pozyskania barwnika wykorzystuje się kłącze, które trzeba najpierw wysuszyć. Następnie korzeń namacza się, rozdrabnia lub całkowicie mieli. Marzanna wykorzystana w naszych eksperymentach miała postać już zmielonego czerwono-pomarańczowego proszku. Przygotowanie kąpieli do farbowania jest banalnie proste: zalewa się proszek ciepłą wodą (można ją delikatnie podgotować) i zostawia na kilka godzin, np. na noc. Następnie podgrzewa się kąpiel i wkłada materiał lub włóczkę, którą chcemy zafarbować. W zależności od efektu, który chcemy uzyskać materiały można podgotowywać w kąpieli godzinę, kilka godzin lub nawet zostawić na kilka dni w garnku z ostudzonym barwnikiem.

W naszych eksperymentach wełna została wcześniej namoczona i podgotowana w ciepłej wodzie z ałunem, który powoduje, że materiał lepiej przyjmuje barwnik i nieco go także rozjaśnia. Efekty naszych zmagań poniżej 🙂 Farbowaliśmy naturalną szarą, beżową i białą wełnę.

 

 

Więcej koloru, czyli eksperymentów barwiarskich udane początki

Wraz z nadejściem wiosny poczułyśmy w Wiciach potrzebę koloru. Zabrałyśmy się zatem za naturalne farbowanie włóczek, skupiając się na początek na wełnie, która dość łatwo przyjmuje barwnik. Farbowanie naturalnymi barwnikami jest dość łatwe i wiele farbiarskich eksperymentów można bez problemu i bezpiecznie wykonywać w domowej kuchni. W pierwszej fazie naszych eksperymentów skupiłyśmy się na brązach, pomarańczach i żółciach, uzyskanych z farbowania suszonymi łupinami cebuli oraz i kurkumą. Cały proces jest banalnie prosty:

a. Najpierw namaczamy wełnę w wodzie przez około godzinę, żeby całkowicie zmiękła i żeby pozbyć się resztek lanoliny, która wygładza wełnę, ale utrudnia farbowanie. Przed namoczeniem wełnę trzeba rozplątać z motka i przewinąć, tak jak tu.

b. W sporym garnku robimy farbę, czyli na wolnym ogniu przez około pół godziny podgrzewamy składnik, z którego barwnik pochodzi, w naszym przypadku kurkumę i w drugim podejściu łupiny cebuli (które usuwamy przed włożeniem wełny).

c. Zmiękczoną i oczyszczoną wełnę wkładamy do ciepłego roztworu z barwnikiem i utrzymujemy na wolnym ogniu przez około godzinę. W przypadku cebuli barwnik chwyta dużo szybciej. Jeśli czytanie książki w tym czasie pochłonie Was za bardzo i zagotujecie wełnę, to pozostanie z niej filc…  Podobny efekt przyniesie zbyt częste i intensywne mieszanie.

d. Pod koniec “gotowania” dodajemy trochę octu, który utrwala kolor. Ewentualnie ocet można dodać po farbowaniu – płuczemy wełnę chłodną wodą do momentu aż przestanie farbować (wypłukiwana woda będzie czysta), a w ostatnim płukaniu dodajmy ocet i zostawiamy ją chwilę w tym roztworze. Odsączamy nadmiar wody i suszymy. Voila! 😉

Otrzymany kolor zależy od początkowego koloru wełny. Użyłyśmy próbek wełny beżowej, szarej i ciemnoszarej. Ten pozytywny słoneczny żółty to dzieło kurkumy, brązy i pomarańcze otrzymałyśmy z farbowania cebulą.

Naturalnie barwionej wełny nie należy wystawiać na długotrwałe działanie słońca ani prać w detergentach i wysokiej temperaturze. Niemniej, naturalne farbowanie to świetna zabawa, bo nigdy do końca nie da się przewidzieć rezultatu.

Dawne wiosenne święta

Czas przesilenia wiosennego i wczesnej wiosny od zawsze inspirował ludzi do zmian, rozpoczynania rzeczy na nowo, ale i do zabawy. W tym poście opowiemy o trzech aspektach wiosennych uroczystości na Słowiańszczyźnie: kulcie płodności, rytuałach przejścia między starym a nowym rokiem (zimą a wiosną) oraz o obrzędowej roli drzew.

Natura, a szczególnie ziemia była uosabiana z kobietą, stąd też dużo uwagi poświęcano na wiosnę bóstwom kobiecym, np. Mokoszy. Mokosz to znana w wielu rejonach Słowiańszczyzny bogini patronująca kobiecej sferze działalności, płodności, urodzaju i rzemiosła. Wyobrażana była jako dorodna kobieta, często trzymająca kołowrotek lub kłębek wełny.

Obec Mokošín- Bohyně Mokoš.jpg

Współczesny posąg Mokoszy w Czechach, CC BY-SA 3.0

Mokosz była kojarzona z płodną, wilgotną ziemią. Bez wątpienia dla ludzi żyjących przede wszystkim z rolnictwa ziemia miała (i nadal ma) ogromne symboliczne znaczenie. Dotykanie jej czy wbijanie kija było zakazane, bo ziemia była “brzemienna na wiosnę.” Każdego roku przed zasiewami czekano na burzę – symboliczne połączenie się Mokoszy z Perunem, zapewnia udane plony. Zaklinano się na nią, całowano, składano ofiary z jedzenia. Możliwe, że wielkanocny obrzęd święcenia i dzielenia się jedzeniem, głównie jajkami, jest zmodyfikowaną tradycją składania ziemi wiosennej ofiary.

Kult matki ziemi pod postacią Mokoszy był szczególnie rozpowszechniony na terenach dzisiejszej Białorusi i Rosji. W rosyjskiej i białoruskiej sztuce ludowej zachowało się bardzo charakterystyczne przedstawiene Mokoszy jako kobiety z uniesionymi rękami, w otoczeniu dwóch jeźdzców na koniach oraz ptaków. Głowy postaci przypominają słońca, co symbolizuje ich życiodajną siłę. Ptaki trzymają w dziobach gałązki, oznaki wiosny i odradzającego się życia. Wraz z  rosnącym wpływem chrześcijaństwa Mokosz została “zdegradowana” do demona domowego, a jej kult został stopniowo zastąpiony kultem Maryi i świętej Paraskiewy w kościele prawosławnym. Niemniej, tkaniny obrzędowe z wyhaftowanym wizerunkiem Mokoszy były używane w Rosji co najmniej do XIX wieku. Współcześnie wątek Mokoszy pojawia się w muzyce folkowej, folk rocku itp.

https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/e6/51/0a/e6510ac8f402bf989f773b8aebd55ff2.jpg

Ręcznik weselny, Rosja, XIX wiek. Zdjęcie: https://pl.pinterest.com/pin/159033430572399826/.

Innym aspektem wiosennych świąt były rytuały związane z oczyszczaniem, kąpielami, wietrzeniem i sprzątaniem domów. Oblewanie siebie i innych wodą podczas wiosennych uroczystości, tzw. Jarych godów miało symbolicznie dodawać siły i zdrowia, a także oczyścić i przygotować na nowy cykl pracy. Jare święta, uroczystości ku czci Jarowita, bóstwa związanego z siłą i wegetacją, były głównymi obrzędami przejścia między starym a nowym, zimą a wiosną i jednocześnie początkiem nowego roku. Badacze Słowiańszczyzny nie mają wątpliwości, że przedrostek jar- oznacza siłę, witalność, ale bywa tłumaczony także jako po prostu wiosna. Koniec roku był równoznacznym z “przepędzaniem zimy”, którego to dokonywano poprzez topienie kukły symbolizującej śmierć (chyba każdy chociaż raz topił Marzannę w dzieciństwie), znane ze wszystkich zakątków słowiańskiego świata. Słomianą kukłę przystrojoną wstążkami obnoszono po wsi, a później wrzucano do wody, błota, dołu lub palono. Czasem szczątki Marzanny rozrzucano po polach, żeby zapewnić sobie urodzaj.

Topienie Marzanny, edycja 2017. Zdjęcie: Wici.

Wiosenne święta to przede wszystkim kult przyrody, więc nie mogło zabraknąć w nich obrzędów związanych z drzewami. Drzewo, powszechny element krajobrazu praktycznie wszędzie w Europie ma bardzo rozbudowane znaczenie symboliczne, w starosłowiańskich wierzeniach było symbolicznym środkiem świata (drzewo życia).  Koronami dotykające nieba i głęboko zakorzenione w świecie podziemnym, stanowiło medium między trzema poziomami świata, które wyobrażali sobie Słowianie. Podobnie jak góra w innych wierzeniach, drzewo było metaforyczną osią utrzymującą świat. Na wiosnę, kiedy ludzie obserwowali kwitnące drzewa zmieniające cały krajobraz wokół, nie brakowało obrzędów, w których drzewa grały główną rolę. W marcu, w dniu Wierzbicy, zbierano kwitnące gałązki wierzby i delikatnie uderzano się nimi wzajemnie, wierząc, że przynosi to zdrowie i siłę fizyczną. Dotykanie ciała baziami miało je natchnąć nową energią, odrodzić i oczyścić.

wreath-1243642_960_720.jpg

Innym obrzędem było nakładanie wieńców na drzewa, tańce wokół drzew i obwiązywanie ich wstążkami na wiosnę. Zachowały się także podania o zwyczaju przystrajania młodych kobiet gałązkami brzozy, aby jak najbardziej przybliżyć je do matki ziemi i obdarzyć jej płodnością. Brzoza i lipa to dwa drzewa najbardziej związane z kobiecością. Brzoza przywracała siły witalne, a jej biała kora symbolizowała czystość i niewinność. Lipa wyrażała płodność i wdzięk.

Miejscem wiosennych (ale nie tylko) uroczystości były często święte gaje – starannie wybrane i chronione części lasu. Miejsca te miały swoich kapłanów, święta i obrzędy, na które regularnie i w ważnych dla siebie momentach roku gromadzili się członkowie społeczności.

Może święte gaje wyglądały tak? Zdjęcie: Wici.

 

Bibliografia

Gieysztor, A. Mitologia Słowian, Warszawa 2006.

T. Ławecki, R. Sypek, M. Turowska-Rawicz, Słowianie. Seria Mitologie Świata, Warszawa 2007.

Brzezień, trawień, rujan…

Banalne rzeczy, np. to, jak nazywamy miesiące kryją w sobie ciekawe historie mieszania się kultur i religii. W dzisiejszym wpisie przybliżymy Wam, skąd wzięły się polskie nazwy miesięcy oraz w jaki sposób kiedyś Słowianie dzieli rok. Zobaczymy także, że miesięcy nie zawsze było 12, a styczeń wcale nie był pierwszym miesiącem roku…

W przedchrześcijańskiej Polsce ludzie nie dzielili roku na miesiące w bardzo formalny sposób. Liczenie czasu było oparte na obserwacji Księżyca i Słońca, które dawały różne rezultaty. Długość roku i ilość miesięcy zmieniały się (więcej na ten temat w naszym poprzednim wpisie). Wydaje się, że konkretne punkty w cyklu natury, np. przesilenia były ważniejsze niż dokładny podział czasu na odcinki. Wraz z rozwojem chrześcijaństwa w Europie to się diamteralnie zmieniło i pojawiła się potrzeba ujednolicenia pomiaru czasu. Wspólny kalendarz był niezbędny w funkcjonowaniu ponadnarodowej chrześcijańskiej wspólnoty, np. w ustalaniu dat ważnych świąt i planowaniu ich obchodów (przede wszystkim Wielkanocy). Kalendarz juliański, bo to o jego wprowadzeniu mowa, oparty na podziale na 12 miesięcy„zsynchronizował” słowiańskie społeczności z resztą chrześcijańskiego świata.

Nowy” (dla Słowian) system nie był jednak wcale ani nowy ani chrześcijański. Kalendarz juliański zaprojektował na zlecenie Juliusza Cezara grecki astronom Sozigenes około 46 roku p.n.e. Kalendarz ten został zaadoptowany przez świat chrześcijański i był używany w niektórych częściach Europy do XIX wieku. Czas liczono od założenia Rzymu (753 p.n.e.). W VI wieku nastąpiła jednak rewolucja – ustalono orientacyjną datę narodzin Jezusa, którą nazwano „początkiem ery chrześcijańskiej”, od którego liczymy czas w przód i w tył. Co ciekawe, nie wprowadzono roku zerowego, zero jako liczba upowszechni się dopiero około 500 lat później. Kalendarz juliański przetrwał na terenie Polski do XVI wieku, kiedy został zamieniony na gregoriański (od imienia papieża Grzegorza XIII), którego używamy dzisiaj. W 1582 roku po 4 października nastąpił od razu 15!

Wracając do Słowian, nowy kalendarz i nowe nazwy miesięcy pochodzące od imion rzymskich bogów, cezarów, czy odległych wydarzeń na pewno brzmiały dla nich obco. Nic dziwnego, że wiele z nich zastąpiono rodzimymi określeniami, które odwołują się do cyklu natury w tej części świata i ściśle z nim związanej pracy w gospodarstwie. Obecne nazwy miesięcy to zatem miks nazw łacińskich, upowszechnionych poprzez religię chrześcijańską oraz słowiańskiego postrzegania czasu.

I tak mamy:

Marzec: rzymskie zapożyczenie przywołujące boga Marsa. Inną nazwą tego miesiąca był „brzezień”, opisujący czas kwitnienia brzóz. Rok słowiański zaczynał się w marcu, a dokładnie po pierwszym księżycu w nowiu po wiosennym przesileniu, które nie miało określonej na stałe daty.

Kwiecień: po prostu okres kwitnięcia kwiatów.

Maj: pochodzi od imienia rzymskiej boginii Mai. Słowiańska alternatywa to „traveň” (trawień) – oznaczajace miesiąc zielenienia się traw.

naturally dyed

Czerwiec: pochodzi od nazwy… owada, czerwca. Czerwiec oznaczał czas zbierania jego poczwarek, które następnie suszono na słońcu. Pozyskiwany z nich czerwony, karminowy barwnik (koszenila) był używany do barwienia tkanin nawet jeszcze w XIX wieku.

Lipiec: miesiąc kwitnienia lip. Angielski „July” oddaje cześć Juliuszowi Cezarowi.

Sierpień: nawiązuje oczywiście do sierpu, narzędzia do ścinania zboża. W innych krajach zachowała się nazwa „August”, od imienia rzymskiego cesarza Oktawiana Augusta.

BONUS! W niektórych rejonach słowiańszczyzny wyróżniano „rujan” – czas parzenia się zwierząt na przełomie września i października. Nazwa tego miesiąca zachowała się w języku kaszubskim (rujan oznacza październik) oraz w języku chorwackim, tym razem dla określenia września.

Wrzesień: czas kiedy kwitnące wrzosy dominują krajobraz. „September” odnosi się do łacińskiego słowa „siedem”. Dzisiaj to dziewiąty miesiąc, ale Rzymianie, jak wiele innych społeczności, także Słowian liczyli rok od marca.

sewing natural fabric

By Anna Kepa Photography

Październik: od słowa „paździerze” – czas młócenia łodyg lnu i konopii, z których powstawało włókno do tkania na długie jesienne wieczory. „October” używany w wielu językach oznacza ósmy miesiąc.

Listopad: nazwa mówi sama za siebie – czas kiedy liście spadają z drzew. „November” to po prostu dziewiąty miesiąc.

Grudzień: czas kiedy ziemia przypomina zamarznięte grudy. Dziesiąty miesiąc łacińskiego kalendarza. Co ciekawe, w innych słowiańskich językach, np. chorwackim na określenie grudnia zachowała się nazwa „prosiniec”. „Prosiniec” słusznie kojarzy się z proszeniem. Był to czas celebrowania zimowego przesilenia, podczas którego lokalnym bóstwom składano dary i proszono o błogosławieństwa.

By Anna Kepa Photography

Styczeń: prawdopodobnie odwołuje się do słowa „tyka”; w wielu innych językach utrzymała się łacińska nazwa „January”, od imienia rzymskiego boga Janusa.

Luty: „niemiły” bądź „mroźny” – doskonale opisuje warunki pogodowe w tym czasie. Słowianie południowi (na Bałkanach), żyjący w znacznie cieplejszym klimacie, używali innego słowa 🙂

Bibliografia

Brückner, A. Słownik etymologiczny języka polskiego, Warszawa 1985.

Gieysztor, A. Mitologia Słowian, Warszawa 2006.

Zaroff, R. „Measurement of Time by the Ancient Slavs”, Studia Mythologica Slavica 19 (2016), s. 9-39.

Ile masz lat czy.. ile wiosen? O słowiańskim nowym roku

Dzisiaj, 3 stycznia 2017 nikt z nas nie ma wątpliwości, że właśnie trwa trzeci dzień nowego roku. Hucznie (oby!) pożegnaliśmy stary rok, powzięliśmy postanowienia na nowy, ale skąd tak naprawdę wiadomo, gdzie jest ta magiczna granica między kolejnymi latami? No właśnie… zastanawialiście się kiedyś, dlaczego w języku polskim używamy tego samego słowa na określenie pory roku oraz liczby mnogiej słowa „rok”? To, jak rozumiemy i odmierzamy czas zależy od natury, kultury, a nawet od polityki.

Kiedyś, w przedchrześcijańskich czasach, ludzie na terenie dzisiejszej Polski (i nie tylko) swoją rachubę czasu opierali na obserwacji przyrody, która to z kolei nadawała rytm ich życiu, związanym przede wszystkim z uprawą roli. Prawdopodobnie najdokładniejszymi jednostkami upływu czasu, którymi posługiwali się Słowianie (przed X wiekiem) były dzień, noc oraz obieg księżyca, czyli miesiąc. W wielu językach określenie „miesiąc” pochodzi od „księżyca”, jednak nie w polskim, pomimo tego, że istotnie nowy obieg księżyca na ogół oznaczał nowy miesiąc. „Księżyc” znaczy tyle, ile „mały książę” lub „syn księcia” – Słońca. Inna teoria mówi, że „księżyc” odnosiło się tylko do czasu między nowiem a pierwszą kwadrą, a cały obieg księżyca nazywano miesiącem. W przedchrześcijańskiej Polsce, tak jak w wielu innych miejscach i czasach, słońce i księżyc były postrzegane jako bóstwa, czego wyjątkową pozostałością jest właśnie słowo „księżyc”. Jeszcze kilka stuleci po przyjęciu chrześcijaństwa, ludzie widząc księżyc w nowiu, ukazujący się na niebie po trzech dniach nieobecności, wypowiadali modlitwy, magiczne formuły, a nawet odprawiali rytuały.

Jednak, to Słońce było najważniejszym bogiem. Zmiany pór roku, równonoce oraz przesilenia wiosenne i zimowe były momentami przejścia, czasem szczególnych uroczystości, zabaw, od których liczono kolejne części cyklu roku. Kiedy zatem świętowaliby nowy rok ludzie 1000-1500 lat temu? Potencjalne odpowiedzi są co najmniej dwie, i znowu, można odszukać je w języku. Pytanie „Ile masz lat?” sugeruje, że to początek lata, około 22 czerwca, znaczył moment, od którego liczono kolejny rok. Z drugiej strony, „ile masz wiosen?” też zachowało się w naszym języku, a biorąc pod uwagę zimny klimat i zależność życia od natury, większość badaczy sugeruje, że topniejące śniegi i odradzająca się natura wywierały jednak większe wrażenie na wyobraźnię ówczesnych ludzi niż szaleństwa nocy Kupały… Uznaje się za zatem, że przed chrześcijaństwem, słowiański rok zaczynał się w marcu, a dokładnie po pierwszym księżycu w nowiu po wiosennym przesileniu.

Słowiańskie postrzeganie czasu nie było tak dokładne jak dzisiaj. Kalendarz księżycowy nie pokrywa się z rokiem słonecznym, jest od niego jakieś 11 dni krótszy. W efekcie następuje przesunięcie pór roku w stosunku do miesięcy. Na pewno ludzie byli tej nierówności świadomi z obserwacji przyrody, ale nie ma żadnych dowodów na to, by próbowano połączyć miesiące (związane z zajęciami gospodarczymi) z wydarzeniami astronomicznymi roku słonecznego, takimi jak przesilenia i równonoce oraz porami roku. Wydaje się, że miesiące nie były na stałe połączone z konkretnymi porami roku, tak jak to mamy dzisiaj. „Nadmiarowe” 11 dni przed wiosennym przesileniem co roku miały jednak swoje magiczne znaczenie. Wierzono, że to czas niepewności i pecha. Co trzy lata nagromadzonych dni było jednak tyle, że prawdopodobnie do kalendarza wprowadzono dodatkowy miesiąc.

Dużo zmian w kwestii postrzegania czasu nastąpiło wraz z przejściem na chrześcijaństwo i wprowadzeniem kalendarza juliańskiego, który uściślił podział na miesiące i dał im nowe (łacińskie) nazwy, które też często zmieniano na rodzime odpowiedniki. O tym w kolejnym wpisie!

Bibliografia

Brückner, A. Słownik etymologiczny języka polskiego, Warszawa 1985.

Gieysztor, A. Mitologia Słowian, Warszawa 2006.

Zaroff, R. „Measurement of Time by the Ancient Slavs”, Studia Mythologica Slavica 19 (2016), s. 9-39.