Blog

Dokąd zmierzamy, czyli poważne i zabawne meta-rozmowy o odtwórstwie historycznym w Kopenhadze

W dniach 2-4 listopada 2018 w przestrzeniach Muzeum Narodowego w Kopenhadze odbyła się konferencja dotycząca rekonstrukcji historycznej i żywej historii o nazwie „ReConference”. Pomysłodawcami i organizatorami wydarzenia były organizacje działające na polu rekonstrukcji oraz organizacji imprez historycznych Hands on History z Norwegii, Ulfhednir z Danii oraz Ratobor z Rosji. Pierwsza „ReConference” miała miejsce w Moskwie w 2017 i cieszyła się tak dużym zainteresowaniem, że organizatorzy postanowili rozszerzyć jej format i organizować cyklicznie. W tym roku w duńskim Muzeum Narodowym spotkało się ponad 150 rekonstruktorów różnych epok, przedstawicieli muzeów, skansenów i parków archeologicznych, naukowców oraz przedstawicieli organizacji i firm, które oferują usługi oparte o żywą historię i larp. Choć liczbowo dominowali Skandynawowie, nie zabrakło także osób z Wielkiej Brytanii, USA, Rosji, Słowenii i Polski.

Wydarzenie obfitowało w dobre prezentacje poruszające ważne tematy. Na ile rekonstrukcja to dosłowne odtwarzanie przeszłości (obiektów, wydarzeń), a na ile teatralne przedstawienie naszych wyobrażeń o tym, jak dawniej żyli ludzie? Jak zorganizować imprezy historyczne, które są ciekawe i edukacyjne dla widza? Czego tak właściwie potrzebują widzowie takich wydarzeń? Jak pogodzić interesy i potrzeby rekonstruktorów i instytucji (jak muzea czy skanseny), które angażują rekonstruktorów do swoich działań? Gdzie leży granica pomiędzy hobby a profesjonalizacją? Jakie ryzyka i wyzwania napotykają rekonstruktorzy, którzy decydują się przekształcić swoją pasję w firmę czy usługę? Odpowiedzi na te pytania są często dość skomplikowane i wymagają wzięcia pod uwagę wielu punktów widzenia. Spotkanie w Kopenhadze okazało się trafioną formą wymiany myśli, odczuć, dyskusji na te tematy oraz prób znalezienia optymalnych rozwiązań. W wielu kwestiach uczestnicy nie mówili jednym głosem, niemniej, wszyscy zgadzali się z tym, że komunikacja w środowisku odtwórców oraz współpraca między sektorami jest niezbędna, żeby tworzyć coraz lepsze projekty, podnosić wartość rekonstrukcji dla jej członków, widzów i instytucji, które potencjalnie mogą ją wykorzystać w swoich działaniach społecznych i edukacyjnych. Jednomyślność można było odczuć także w innej kwestii – rekonstrukcja nie powinna być łączona z polityką, ideologią i ruchami narodowymi.

Dużym blokiem tematycznym była rekonstrukcja a kultura popularna. W jednej z sesji wziął udział Jon Iver Helgaker, reżyser popularnego na platformie Netflix „Norsemen”, serialu komediowego, który wykorzystuje stereotypy i klisze o Wikingach oraz parioduje wcześniejsze produkcje jak „Vikings” czy „The last Kingdom”). W czasie wywiadu pojawiły się ciekawe i całkiem poważne pytania o to, jak balansować przedstawienie przeszłości (bądź co bądź, dziedzictwa kulturowego krajów skandynawskich) i humoru. Helgaker stwierdził, że kręcenie tego serialu to duże ryzyko i do końca nie był w stanie stwierdzić, czy to co śmieszy jego, rozśmieszy także widzów. Z naszych obserwacji i rozmów wynika, że serialowe przedstawienia Wikingów zawsze dzielą rekonstruktorów. Część ich nie znosi za absurdalne kostiumy i hollywoodzki patos, inni uwielbiają i z emocjami śledzą losy bohaterów takich jak Ragnar Lothbrok z serialu „Vikings”. Jedna z uczestniczek konferencji w komentarzu do Helgakera podkreśliła, że mimo kontrowersji, takie produkcje jak „Norsemen” są fantastyczne, bo pozwalają nam – rekonstruktorom – spojrzeć na to, co robimy z uśmiechem i dystansem.

Z perspektywy Wici, jednym z najbardziej interesujących tematów było zagadnienie wykorzystania niesamowitej wiedzy odtwórców, przedmiotów, które ręcznie wytwarzają oraz ich pasji i energii do promowania rzetelnej wiedzy o przeszłości w atrakcyjny i angażujący sposób. Czy rekonstruktorzy w ogóle chcą i lubią interakcję z publicznością? Pojawiły się różne głosy – od tych, którzy preferują imprezy zamknięte z  mocnym „zanurzeniem się” w klimat epoki, do tych, których cieszy komunikacja z odbiorcami na wydarzeniach historycznych. Organizatorzy takich imprez jednoznacznie podkreślali, że entuzjazm i wiedza odtwórców historycznych jest nie do przecenienia i zależy im na dobrej współpracy. Przedmiotem dyskusji było, na jakich warunkach owa współpraca mogłaby się odbyć – kontrakty, barter, wymiana umiejętności/ekspertyzy – i jakie są dobre i złe strony każdego rozwiązania.

Ważnym wnioskiem z rozmów było to, że publiczność jest tak samo zainteresowana historią, jak i tym, jak to jest być rekonstruktorem, łączyć role „Wikinga” i człowieka żyjącego w XXI wieku. Cytując Sarę Heil Jensen, archeolożkę i organizatorkę Moesgaard – najstarszego festiwalu wikińskiego w Danii,

„Widzowie chcą przeżyć Wasze czasy Wikingów, nie moje. Tamte (historyczne) już nie wrócą, mamy po nich tylko nikłe pozostałości. Widzowie chcą zobaczyć Was!”.

Dlatego tak istotne jest, jak mówimy o rekonstrukcji, jej celach, znaczeniu, oraz z jakim nastawieniem podchodzimy do publiczności podczas festiwali reko. W Wiciach uważamy, że widzowie są integralną częścią imprez historycznych i lubimy przełamywać bariery w interakcji i komunikacji z nimi. Chętnie dzielimy się wiedzą w sposób otwarty i nieformalny, żartujemy, odpowiadamy na pytania, jak i pokazujemy rzemiosła. Postawą, którą promujemy jest wyjście do widza i zaangażowanie go tak, aby poczuł klimat średniowiecza, jak i naszego hobby. Podobnie w kwestii rzemiosł dawnych – chcemy poznawać stare techniki rękodzielnictwa nie tylko po to, aby odtwarzać za ich pomocą przedmioty jak najbardziej „historyczne” (czyli zgodne z realiami epoki i potwierdzone w źródłach archeologicznych), ale przede wszystkim nadawać im nowe znaczenie współcześnie. Przykładów jest wiele:  za pomocą dawnej techniki dziania na igle da się wytworzyć wspaniałe rzeczy do użytku dzisiaj; stemplowanie tkanin to świetna forma opowiadania historii, robienia pocztówek czy unikatowych toreb. Czy krajką można ozdobić współczesną sukienkę? Naszym zdaniem, zdecydowanie tak!

Jak to wśród rekonstruktorów, na konferencji nie mogło zabraknąć humorystycznych punktów programu. Mieliśmy możliwość wyboru najbardziej „niehistorycznej” i absurdalnej rzeczy wykorzystywanej w rekonstrukcji (uczestnicy sami zgłaszali swoje propozycje), oraz „Rant Hour”, czyli krótkie (czasem spontaniczne, ironiczne i zabawne) wystąpienia, o tym, co nas najbardziej irytuje na festiwalach historycznych, czy w odtwórstwie ogólnie. Była także muzyka na żywo – wystąpił zespół Songleikr, którego członkowie w powiększonym składzie tworzą podbijający świat klimatem szamanistyczno-wikińskim Heilung.

Co dalej? Organizatorzy zapewniają, że kolejna edycja „ReConference” odbędzie się w przyszłym roku. Zapowiada się także publikacja podsumowująca spotkanie. Wszystkie tegoroczne wystąpienia zostały sfilmowane i są dostępne na YouTube: piątek (2.11), sobota (3.11), niedziela (4.11). Polecamy!

Szkolenie Erasmus+ Młodzież dla Pokoju

We wrześniu 2018 zarząd Wici wziął udział w międzynarodowym szkoleniu Erasmus+ dla pracowników organizacji pozarządowych i edukatorów dotyczącym rozwiązywania konfliktów, mediacji i budowania pokoju. Szkolenie, finansowane z europejskiego programu Erasmus+, odbyło się w Kobuleti, małym miasteczku u wybrzeży Morza Czarnego w Gruzji. Szkolenie miało formę zajęć edukacji pozaformalnej. Trenerzy wykorzystywali metody oparte o pracę w grupach, kreatywność, teatr i swobodną dyskusję.

Kulminacyjnym punktem treningu była akcja 21 września (w Międzynarodowy Dzień Pokoju) w centrum Kobuleti, podczas której uczestnicy wymiany zapraszali przechodniów do podzielenia się refleksjami o tym, czym jest dla nich pokój. Spisane na kartkach reflfleksje zawisły na symbolicznym sznurze do prania (suszące się pranie to bardzo charakterystyczny element krajobrazu Kobuleti), zachęcając mieszkańców, jaki i turystów do zatrzymania się, porozmawiania i wzięcia udziału w innych artystycznych inicjatywach tego dnia.

Stowarzyszenie Wici jest aktywnym partnerem wymian oraz partnerstw strategicznych formowanych w ramach programu Erasmus+. Współpracujemy z organizacjami z Unii Europejskiej, jak i krajów partnerskich i stowarzyszonych. Zapraszamy do zapoznania się z aktualnymi projektami, które koordynujemy w zakładce Erasmus+.

Niesiemy Wici na Śląsk. Śląskie hafty w przestrzeni Nikiszowca

Lato, czas podróży. Niesiemy WICI aż na Śląsk. Przyciągnęły nas dwa niesamowite wydarzenia – festiwal kobiet Endorfiny oraz Industriada, czyli śląskie święto Szlaku Zabytków Techniki i festiwal dziedzictwa przemysłowego. Z tej okazji odwiedziłyśmy katowicki Nikiszowiec, do którego chcemy Was w tym poście zabrać.

Nikiszowiec z lotu ptaka to sieć ulic i budynków w regularnych odległościach, rozplanowanych tak, aby zapewnić jego mieszkańcom wszystko, czego potrzebują na codzień. Osiedle to zostało zaprojektowane i zbudowane na początku XX wieku z myślą o górnikach kopalni „Giesche”. „Nikisz” to spolszczona nazwa położonego nieopodal szybu kopalnianego „Nikisch”.

Nikiszowiec ma charakter. Familokom z czerwonej cegły niepowtarzalnego uroku dodają wykusze, ozdobne portale drzwi i duże zielone podwórza. Centrum osiedla to Plac Wyzwolenia, przy którym znajduje się Oddział Muzeum Historii Katowic – Dział Etnologii Miasta. Odwiedziłyśmy Muzeum 9 czerwca, czyli w dniu Industriady, w ramach której dzielnica tętniła życiem, występami na  żywo, warsztatami i pysznym jedzeniem. Motywem przewodnim tegorocznej Industriady był świat kobiet Nikiszowca.

Historie kobiet zagościły w przestrzeni osiedla. Instalacja Kobiecy Magiel przypomina o sile miejscowych kobiet i ich roli w utrzymaniu rodziny i społeczności. Urzekła nas siła, wyrazistość, jak i lekkość tej wystawy.

Nasze kroki skierowałyśmy dalej do Muzeum, w którym wystawy opowiadają o codzienności Nikiszowca z perspektywy kobiet. Na pierwszym planie wystawa o cierpliwości – śląski haft. „Jeżeli na stole jadalnym nie stoją kwiaty i nie leży haftowana serweta, to nakrycie nie jest zupełne” czytamy na pożółkłych stronach poradnika dla kobiet pokazywanego na wystawie. Wystawa obfituje w makatki, czyli niewielkie tkaniny dekoracyjne wieszane na ścianach lub rozkładane na meblach z przysłowiami, czy zabawnymi powiedzeniami. W makatkach podziwiamy nie tylko kunszt hafciarski, ale przede wszystkim humor i mądrość życiową Ślązaczek.

Wystawa pokazuje, jak zwyczajny codzienny przedmiot ozdobniony haftem nabiera zupełnie nowej jakości. Naszą uwagę zwrócił haftowany pojemnik na parasole – ozdoba sama w sobie. Ręcznie haftowane poduszki, fartuchy i obrusy zapraszają do śląskiego domu.

Na drugim piętrze Muzeum znajduje się wystawa maszyn do maglowania prania. Z serii czarno-białych fotografii wypełniających salę dowiadujemy się, że magiel był miejscem tętniącym życiem i centrum towarzyskiego życia kobiet. Niektóre z nich poznajemy bliżej – słynną pływaczkę czy etnografkę, dzięki której świat dowiedział się o tym, jak się kiedyś tutaj żyło. W Muzeum można także zobaczyć prace malarzy Grupy Janowskiej. Grupa ta powstała 1946 r. i skupia uzdolnionych plastyków amatorów z Janowa Śląskiego.

Nikiszowiec urzekł nas spokojem i festiwalową atmosferą. Naszą podróż zakończyłyśmy na leżakach rozstawionych na głównym placu Nikiszowca, gdzie przez całe popołudnie unosił się zapach świeżych drożdżówek z malinami.

Rekonstrukcja historyczna a edukacja

Czerwiec to dla naszego stowarzyszenia początek „sezonu”, czyli kilku miesięcy regularnych wyjazdów na imprezy rekonstrukcji historycznej. Od dwóch lat jeździmy nie tylko jako rekonstruktorzy, ale i edukatorzy – proponujemy publiczności warsztaty rzemiosła, do których mogą dołączyć spontanicznie podczas wydarzenia. W tym wpisie chcemy podzielić się z Wami naszymi refleksjami, jak połączyć edukację i rekonstrukcję.

Warto zacząć od tego, że Wici to inicjatywa powstała między innymi po to, aby wprowadzić element edukacji i interakcji z publicznością na imprezach reko. Po latach uczestnictwa zauważyliśmy, że zawsze istnieje jakaś niepisana granica między „nami” – rekonstruktorami, a „nimi” – odwiedzającymi wydarzenie rekonstrukcyjne. Co ciekawe, często „ich” nazywamy „turystami”, podczas gdy tak naprawdę to przede wszystkim my – grupy rekonstrukcyjne – pokonujemy setki kilometrów, aby spędzić wakacyjne weekendy na festiwalach i piknikach historycznych 🙂 Niemniej, jako rekonstruktorzy, w kontakcie z odwiedzającymi chcemy czuć się niejako gospodarzami. W ostatnich latach ilość warsztatów i atrakcji dla odwiedzających zdecydowanie wzrosła. W Wiciach staramy się włączyć w ten trend, oferując warsztaty rzemiosł, które realizujemy także poza imprezami stricte historycznymi.

Co fajnego i wartościowego edukacyjnie dzieje się na imprezach reko? Przede wszystkim są to unikatowe momenty, kiedy historia angażuje wszystkimi zmysłami. Można zobaczyć, dotknąć, poeksperymentować z rzeczami takimi jak, ubrania, naczynia, uzbrojenie, przedmioty domowe, kuchenne, narzędzia itp. Są one z reguły ręcznie wytworzone przez rzemieślników i rekonstruktorów, którym w znaczącej większości naprawdę zależy na oddaniu realiów i kunsztu rzemiosła epoki, którą odtwarzają.  Obecny poziom rekonstrukcji i profesjonalizacji w tym zakresie jest naprawdę imponujący, o czym warto wiedzieć kiedy rozważamy rekonstrukcję w sytuacji edukacyjnej, takiej jak szkolna wycieczka, warsztaty dla firmy czy rodzinny weekend. Na imprezach rekonstrukcyjnych można także zobaczyć, jak się rzeczy wytwarza – jak powstaje łyżka z drewna, jak ulepić miskę z gliny, jak wykorzystuje się szkło do produkcji koralików, jak pracować ze skórą, żeby móc wytłoczyć na niej wzór. Przykładów i możliwości jest niezliczona ilość, dlatego imprezy rekonstrukcyjne mają duży potencjał pokazania i przekazywania wiedzy w sposób praktyczny, w przyjemnej atmosferze rozrywki i spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu.

Jeśli szkolna nauka historii to przede wszystkim historia wielkich przemian – wojen, rewolucji, dynastii itp., to rekonstrukcja historyczna to opowieść o życiu codziennym zwykłych ludzi. Owszem, zdarzają się eventy poświęcone wielkim wydarzeniom historyczny jak np. bitwa pod Grunwaldem, jednak z perspektywy odbiorcy, jak i rekonstruktora dalej chodzi o szczegóły – o rekonstrukcje konkretnej broni, płaszcza z tego okresu, miski, którą mogli używać ludzie w tamtym okresie. Rekonstrukcja to mikro historia wybranych aspektów życia codziennego, skupiona przede wszystkim na oddaniu wizualnej autentyczności stroju, przedmiotów i ich użycia. Na pewno nie zastąpi nauki historii – na imprezach historycznych przede wszystkim interpretujemy interesujące nas tematy, ale ma to charakter fragmentarczyny i pozbawiony szerszego historycznego kontekstu. Impreza rekonstrukcyjna jest bardziej jak kadr przedstawiający nasze wyobrażenie o przeszłości niż opowieść z rozwiniętą fabułą, postaciami i kontekstem. Na pewno doświadczenia rekonstruktorów mogą stanowić pomoc w interpretacji znalezisk archeologicznych czy w rozwikłaniu zagadek, jak (oraz jak nie) pewne przedmioty mogły być zrobione. Jednak należy pamiętać, że rekonstrukcja to przede wszystkim ciekawe hobby, a nie systematyczne pogłębione badania.

Mając na uwadze zalety rekonstrukcji jako formy spędzania czasu wolnego oraz jej ograniczenia, nasze stowarzyszenie chce łączyć rekonstruktorów i widzów wydarzeń historycznych. Naszym narzędziem są warsztaty, które działają jako wspaniały pretekst do spotkania się, nawiązania rozmowy, wymiany wiedzy i doświadczeń.  Kiedy przedmiotem warsztatu jest rzemiosło, mamy także okazję poznania historii manualnych zdolności człowieka. Możemy zobaczyć i docenić kunszt i artyzm ludzi, którzy pracując bardzo prostymi narzędziami, osiągali niesamowite efekty. Sytuacja warsztatu zaprasza także do własnego eksperymentowania i próbowania nowych umiejętności, których odkrycie może zaprowadzić nas w zupełnie nowe miejsca.

Wyszywanie jako narracja. Słowiańskie historie opowiedziane haftem

Ręcznie haftowany obrus czy serweta to często rodzinny artefakt. Używany wyłącznie podczas specjalnych okazji lub pokazywany wyjątkowym gościom, przywołuje wspomnienia, opowiada historie, przenosi nas w inny czas. W naszym Stowarzyszeniu zajmujemy się nauką wyszywania oraz promocją haftu jako twórczej, relaksującej formy spędzania czasu wolnego dostępnej dla każdego. Z radością obserwujemy rosnące zainteresowanie tym rzemiosłem i dlatego chcemy przybliżyć Wam znaczenia i historię haftu w naszym regionie, tzw. haftów słowiańskich.

W przeszłości, ale nie tak dawnej, bo około 100-150 lat temu haft był obecny w codziennym otoczeniu dużo wyraźniej. Ozdabiał przedmioty użytkowe takie jak pościel, obrusy, ubrania oraz te bardziej wyjątkowe jak odświętne stroje czy weselne podarunki. Nie ma wątpliwości, że to, co i jak haftowano miało symboliczne znaczenie dla jego twórcy i odbiorcy. Liczył się także sam proces, narzędzia oraz nastawienie, z którym przystępowano do wyszywania.

Haft łączy pokolenia. Na zdjęciu wyjątkowy obrus haftowany przez dwa pokolenia rodziny uczestniczki naszych warsztatów.

Po słowiańsku

Hafty z terenów dzisiejszej Ukrainy, Rosji, Białorusi i Polski, które na potrzeby naszych warsztatów nazywamy haftami słowiańskimi mają wiele cech wspólnych, jak i zupełnie różnych. Typologie haftów i interpretacja ich znaczeń to domena etnologów i folklorystów, którzy od połowy XIX wieku zajmowali się zbieraniem informacji, opisywaniem i klasyfikowaniem motywów hafciarskich jako „regionalne” oraz „narodowe”. Przyczyniło się to do swego rodzaju „usztywnienia” typów haftów jako reprezentatywnych dla konkretngo regionu czy państwa. To samo zjawisko klasyfikowania obserwujemy w odniesieniu do innych przejawów sztuki ludowej, stroju ludowego itp. Pomimo iż klasyfikacje haftów są umowne, z uwagi na pewne podobieństwa kulturowe, podobne warunki naturalne (głównie otaczającą przyrodę) i zajęcia życia codziennego, można wskazać na pewne elementy powtarzające się w sztuce haftu Słowiańszczyzny.

O sobie i o nas

Na Słowiańszczyźnie, jak i w innych regionach, wyszywanie to sztuka dekoracyjna oparta o ideę opowiadania historii. Chodzi tu zarówno o historie indywidualne jak i te wyrażające wartości i sposób życia społeczności. I tak na przykład lniane prostokątne obrzędowe ręczniki na Ukrainie i w Rosji symbolizwały bieg życia. Długości od 150 cm do nawet 4 m,  były artefaktami używanymi w przełomowych momentach jak np. zawarcie związku małżeńskiego czy chrztu. Taki ręcznik (rushnyk) był symbolicznym łącznikiem między jednym stanem a kolejnym (np. z panieństwa w zamążpójście). W czasie ślubu za panną młodą niosły go druhny, symbolicznie także na znak podążania jej drogą.

W innym kontekście hafty odnosiły się do całej społeczności. Haftowane prostokąty czy romby często symbolizowały pola uprawne, wokół których toczyło się życie gospodarstwa i wsi. Wyszywane ptaki, np. kaczki symbolizowały dom i życie rodzinne, a kogut był utożsamiany z płodnością i młodością. Ozdobne ręczniki miały swoje miejsce w domu – wieszano jest w przestrzeniach świątecznych, w miejscu, gdzie rodzina gromadziła się na modlitwę. Jak ważne kulturowo znaczenie miały wyszywane ręczniki świadczy np. to, że współczesna flaga Białorusi z tradycyjnym hafciarskim wzorem na krawędzi nawiązuje właśnie do ozdobnego rushnyka.

Ukraińskie ręczniki obrzędowe, CC BY-SA 2.0

O Mokoszy!

Z haftu można było odczytać także tradycyjne wierzenia. W haftach słowiańskich często występuje postać kobieca, pramatka, odnosząca się do powszechnego wśród agrarnych społeczności kultu matki ziemi. W panteonie słowiańskich bóstw matka ziemia nazywana była Mokoszą, wyszywano ją na obrzędowych ręcznikach jako kobietę z uniesionymi rękoma w otoczeniu ptaków, kłosów i kwiatów.  Mokosz uważano za opiekunkę kobiet, płodości, patronkę „kobiecych rzemiosł” takich jak przędzenie nici, tkanie, szycie itp. Kult Mokoszy i jej przedstawienia na obrzędowych ręcznikach nie zostały wyparte przez chrześcijaństwo, przeciwnie – przetrwały do początków XX wieku. Współcześnie haftowane koszule czy obrusy z tradycyjnymi symbolami cieszą się coraz większym zainteresowaniem.

Haft przedstawiający Mokosz wykonany przez uczestniczkę naszych warsztatów

Znaczenie kolorów

Znaczenie symboliczne miały też kolory nici używanych w hafcie. Mocny wszechobecny czerwony kojarzony z młodością, życiem i zdrowiem ponoć chronił, a czarny symbolizował podstawę wszystkiego – ziemię. Haftowano na lnie, który ulegał wybieleniu pod wpływem słońca. Ten tradycyjny zestaw – czerwony, czarny i biały jest nazywany „paletą trypolską” (od nazwy archaicznej kultury archeologicznej ceramiki malowanej z terenów dzisiejszej Ukrainy, Bułgarii, Mołdawii i Rumunii, 4200-2750 lat p.n.e.). W haftach słowiańskich obecny był także niebieski. W kontekście weselnych ręczników niebieski haft symbolizował pana młodego, a czerwony pannę młodą. W Polsce niebieski haft z charakterystycznymi kropkami nad wzorami kwiatów wyróżnia haft kaszubski.

Twórca, narzędzie i dzieło

A co z procesem? Jak postrzegano sam akt wyszywania? Otóż jak wszystko w sztuce ludowej, proces tworzenia ujęty był w ramy i symboliczne nakazy i zakazy. Obrzędowe ręczniki były zawsze tkane od lewa do prawa, a zapełniane haftem od dołu ku górze, odzwierciedlając tym samym upływające lata. Pewne obwarowania dotyczyły także narzędzi. Wierzono, że do wyszycia jednego ręcznika używa się jednej i tej samej igły. Co więcej, ten kto haftuje powinien to robić w dobrej wierze i zdrowiu. Posługując się magicznym tokiem myślenia wierzono, że energia twórcy jest przenoszona na obiekt i zostaje w nim na zawsze. Z tego samego powodu nie wolno było pożyczać igieł.

Dobra energia. Warsztaty haftu słowiańskiego, edycja 1, 24.02.2018, Łódź

Na naszych warsztatach haftu chętnie inspirujemy się tradycyjnymi motywami słowiańskimi. Relacje z warsztatów haftów słowiańskich znajdziesz tu:

O Mokoszy! Warsztaty haftu słowiańskiego

Na Peruna! Haftujemy po słowiańsku

Do zobaczenia na kolejnych edycjach!

„Przeszłość wydobyta z ziemi”, kilka obiektów łódzkiego Muzeum Archeologicznego

Wiosna sprzyja odkrywaniu. Tym razem wybraliśmy się do Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi na wystawę stałą „Przeszłość wydobyta z ziemi”. Do przekroczenia murów monumentalnego budynku Muzeum zachęcił nas przede wszystkim jeden znany nam już wcześniej obiekt – XIII-wieczna krajka z geometrycznym liniowym wzorem, wykopana w Starym Brześciu (okolice Włocławka). Sądząc po chrakterystycznym ukośnym splocie, krajka ta została zrobiona na tabliczkach metodą brokatowania, która polega na użyciu dodatkowej ozdobnej nici do stworzenia wzoru na powierzchni utkanego pasa. Krajka ze Starego Brześcia musiała należeć do kogoś o wysokim statusie, jest w całości ozdobiona złotą nicią.

Jej reprodukcja w wełnie i w znacznie większej skali znalazła się na fartuchu Emi, elemencie jej wczesnośredniowiecznego stroju. Wełniane krajki,  tańsze i bardziej masywne, w przeciwieństwie do tych jedwabnych i bogato zdobionych były używane jako paski i obszycia ubrań bardziej codziennych, noszonych przez mniej zamożnych ludzi.

Wystawa łódzkiego Muzeum obfituje w wiele ciekawych obiektów wczesnego średniowiecza. Wśród nich znajdziemy świetnie zachowaną biżuterię z brązu i żelaza, skórzane obuwie, zdobione grzebienie, korale i wiele innych. Większość obiektów pochodzi z terenów Polski centralnej, głównie dzisiejszego łódzkiego, oraz północnej (Kujawy i Pomorze).

Grzebienie wykonane z kości, datowane na XI-XII wiek, znalezione w rejonie Brześcia Kujawskiego oraz Gdańska

Fragment XIII-wiecznego buta znalezionego w Rozprzy (okolice Piotrkowa Trybunalskiego)

Bursztynowe korale z XII wieku

Naszyjnik z minerałów i szklanych korali, XI wiek, Piotrków Trybunalski

Naszyjnik złożony ze szklanych korali znalezionych w okolicach Łasku oraz Lutomierska (łódzkie), XI-XIII wiek

XIII-wieczny naszyjnik ze szklanych paciorków, Stary Brześć, okolice Włocławka

Korale z fluorytu i bursztynu, XI wiek, Brześć Kujawski

Wczesnośredniowieczne pierścienie z brązu i żelaza

 

Trzy obiekty bez pośpiechu. Sanocka wystawa archeologiczna okiem rzemieślnika

Jesteś w Bieszczadach. Przecierasz szlaki, tropisz niedźwiedzie, podziwiasz krajobrazy. Wieczorami słuchasz opowieści Siekierezady. I nagle nadchodzi ten dzień, kiedy pada deszcz. Co robić, jak żyć? Nasza wojewodzina Anna radzi: odwiedź Muzeum Historyczne w Sanoku!

Sanockie muzeum mieści się w XVI-wiecznym zamku w samym centrum miasta. Słynie przede wszystkim z galerii prac Zdzisława Beksińskiego, który urodził się i większość swojego życia spędził w tym mieście. Dla większości zwiedzających Galeria Beksińskiego to główny punkt programu w muzeum. Kiedy jednak obejrzysz już dystopijne surrealistyczne wizje świata, dobrą klamrą Twojej wizyty może być zobaczenie wystawy archeologicznej – przyziemnej dosłownie i w przenośni, bo zlokalizowanej w klimatycznych podziemiach zamku. Wystawa nosi nazwę „Historie w ziemii zapisane”.

Wystawa ta ma charakter przekrojowy – obejmuje obiekty archeologiczne od epoki kamienia po nowożytność. Z racji słabości naszej organizacji do średniowiecza, skupimy się przede wszystkim na zabytkach z tego okresu. W myśl ideii Wolnej Sztuki (którą lepiej jednak oddaje angielski termin Slow Art), która promuje selektywne zwiedzanie skupione na kilku wybranych obiektach zamiast kompulsywnego biegania po wszystkich salach muzeum i „zrzucania okiem” na  kolejne setki eksponatów, opowiemy dzisiaj o trzech wyjątkowych (dla nas) obiektach sanockiego muzeum.

 

W stronę kobiet

We wczesnym średniowieczu, w XII i XIII wieku, ziemią sanocką władali rusińscy książęta. Nic więc dziwnego, że na tym terenie odnaleziono całkiem sporo ekskluzywnej biżuterii z tego okresu, z wzorami charakterystycznymi dla sztuki społeczności rusińskich. Naszą uwagę przykuła para  srebrnych “kołtów” – ozdób nakrycia głowy rusińskich arystokratek. Jak podaje opis, zawieszki te wykonano ze srebrnych blach z wytłaczanym, fantastycznym ornamentem w postaci gryfów. Zachwycają detalem i precyzją wykonania. Ilość szczegółów umieszczona na tych stosunkowo niewielkich obiektach przypomina, że średniowieczna sztuka jubilerska była na bardzo zaawansownym poziomie.

 

Innym elementem kobiecej biżuterii, który zwraca uwagę jest para kabłączków skroniowych, w muzeum umieszczona na krajce (tkanym pasie). Kabłączki są to otwarte pierścienie najczęściej z brązu, miedzi, mosiądzu czy srebra, zawieszone na kawałku tkaniny, chuście lub pasku skóry noszonym na głowie dla ozdoby. Na imprezach rekonstrukcyjnych dla odtwórców wczesnego średniowiecza, jeśli kobieta nosi kabłączki skroniowe to jednoznaczny komunikat, że mamy do czynienia z rekonstrukcją stroju Słowianki z okresu od około VIII do XII wieku. Dla wikińskich kobiet takim jednoznacznym atrybutem są brosze żółwiowe (Galeria z naszych wyjazdów doskonale nada się do gry „znajdź różnicę”). Kabłączki najczęściej nosiło się po jednym pierścieniu po obu stronach głowy, ale w  bogatszych grobach z tego okresu archeolodzy niejednokrotnie odnaleźli po kilka egzemplarzy po każdej ze stron.

 

Stylowo na codzień

Trzecim obiektem, który zachwycił był średniowieczny… but. Wykonany ze skóry, z pięknie wyprofilowaną podeszwą i fantazyjnymi wycięciami pokazuje, że ludzie od zawsze przywiązywali uwagę do estetyki nawet najbardziej banalnych przedmiotów codziennego użytku. Jako rekonstruktorzy i rzemieślnicy zawsze myślimy o technice i procesie tworzenia. Wyobraźnia podsuwa nam obraz średniowiecznego szewca w wełnianej tunice, który z precyzją i kunsztem przeciąga nić raz po razie przez warstwy skóry, tworząc niemal idealnie równy szew, który dziś możemy podziwiać na tym fantastycznym obiekcie.

W oklicy sanockiego muzeum jest sporo miłych kawiarni. Zwiedzajcie, bez pośpiechu.

Archeologia eksperymentalna – seminarium w Trondheim

W dniach 21-23 września 2017 nasze stowarzyszenie wzięło udział w seminarium „Norwegian Forum for Experimental Archeology organizowanym przez organizację Hands on History oraz Trondheim Vikinglag. Tematem przewodnim był eksperyment jako metoda badawcza coraz częściej stosowana w archeologii, zwłaszcza przez archeologów – rekonstruktorów oraz instytucje takie jak skanseny i muzea historyczne. Archeologia eksperymentalna to np. budowa łodzi wikińskiej realizowana przez Viking Ship Museum w Roskilde w Danii, testowanie metod używanych w średniowiecznej kuchni czy próba odtworzenia średniowiecznych instrumentów muzycznych.

W wesołej międzynarodowej grupie zastanawialiśmy się, na czym polega i jak daleko sięga „autentyczność” w rekonstrukcji. Doszliśmy do wniosku, że nie jest ona obiektywną cechą, ale zależy od naszych wcześniejszych oczekiwań i wyobrażeń, co można uznać za autentyczne. Te natomiast pochodzą z nauki, ale i kultury poularnej. Wystarczy pomyśleć o steretypie Wikinga – brodatego żołnierza-pirata popularnego wśród publiczności, lecz nie do końca wśród rekonstruktorów. Rozmawialiśmy także o tym, jak organizować imprezy historyczne, aby budować jak najlepszy dialog między organizatorami, widzami, rzemieślnikami i rekonstruktorami.

Ostatniego dnia odbyły się pokazy rzemiosła otwarte dla publiczności oraz  gra – mini escape room, w którym odwiedzający próbowali rozwiązać zagadkę wokół średniowiecznej katedry w Trondheim i króla Olafa Tryggvasona, założyciela miasta. Konstruowanie escape room’u było częścią seminarium, w której  zastanawialiśmy się jakie metody edukacyjne są najciekawsze dla widzów reknstrukcji, odwiedzających muzea i parki archeologiczne. Zagadkę szczęśliwie rozwiązano : )

Archeologia eksperymentalna cieszy się ogromnym zainteresowaniem wśród rekonstruktorów, którzy często łączą wiedzę teoretyczną z chęcią praktycznego odtworzenia narzędzi, metod i technik wytwórczości. Jest popularna w Skandynawii, gdzie muzea i centra edukacji historycznej już od dawna realizują programy edukacyjne poprzez warsztaty i współpracę z rekonstruktorami. Podobny trend powoli rozwija się w Polsce.

Muzeum Wikingów Borg, Norwegia – relacja

Muzeum Wikingów w Borg to jedno z najciekawszych miejsc na Lofotach. W pewien deszczowy dzień, już po samym festiwalu Wikingów (9-13.08.2017), w którym nasze stowarzyszenie wzięło udział, postanowiliśmy odwiedzić Muzeum jeszcze raz i przyjerzeć się bliżej temu co ma do zaoferowania. A ma wcale niemało! Imponująca jest przede wszystkim siedziba Muzeum – 83-metrowa rekonstrukcja wikińskiego długiego domu. Budynek stoi na wzgórzu, na którym od lat 80-tych trwały wykopaliska archeologiczne, które ujawniły pozostałości domu z epoki Wikingów, największego jaki znaleziono w Europie. Współczesna replika domu odwzorowuje jego pierowtny podział na pięć pomieszczeń: lobby, pomieszczenia mieszkalne z paleniskiem, główna sala, gdzie odnaleziono kufle oraz szklane naczynia wskazujące, że było to miejsce uczt oraz oborę, gdzie trzymano zwierzęta. Dom należał do wodza i jego rodziny.

Rekonstrukcja budynku i siedziba muzeum znajdują się w odległości kilkunastu metrów od odkopanych pozostałości wikińskiego domu. Muzeum otwarto w 1995 roku. Oprócz rekonstrukcji domu skałada się ono z nowego budynku, gdzie znajduje się centrum dla zwiedzających. Za nim ku zatoce rozciąga się mini obóz, gdzie w lecie można zobaczyć wikińskie namioty oraz kuźnię, postrzelać z łuku, porzucać toporkami oraz zobaczyć repliki dwóch statków, wzorowanych na łodzi znalezionej w Gokstad (obecnie do zobaczenia w Muzeum Statku Wikińskiego w Oslo). Łodzie są chyba największą atrakcją Muzeum, ponieważ można nimi pływać. Postawiliśmy stopę na pokładzie wikińskich łodzi dwa razy. Po raz pierwszy w trakcie festiwalu, kiedy w reko strojach mieliśmy okazję żeglować po zatoce w słońcu i wietrze. Widoki zapierały dech w piersiach i całkiem przypadkiem staliśmy się tłem filmu dokumentalnego o Lofotach, kręconego podczas festiwalu oraz tego rejsu 🙂 Kiedy zawitaliśmy do Muzeum po raz drugi – owego deszczowego, ale bezwietrznego dnia – wraz z innymi niebojącymi się deszczu zwiedzającymi, próbowaliśmy ruszyć łódź wiosłując. I nieważne jak bardzo nierówno wszystkim szło, popłynęliśmy 🙂

W samym Muzeum także sporo się dzieje. Przewodnikami po nim są w większości rekonstruktorzy, których też poznaliśmy w trakcie festiwalu. W długim domu pokazują  dawne rzemiosła, od tkania, po robienie butów, snycerkę i naalbinding, o którym szerzej pisaliśmy wcześniej na naszym blogu. Dłuższą chwilę zabawiliśmy na stanowisku tkackim, przędząc wełnę, tkając na pionowym krośnie i wesoło rozmawiając z ekipą Muzeum.

two women making wool thread

 

W nowym budynku Muzeum znajduje się wystawa obiektów z wykopalisk. Nasze oko rekonstruktora wyłowiło przede wszystkim rekonstrukcje strojów, brosze żółwiowe (charakterystyczny element kobiecego stroju, który spinał fartuch), zapinki z brązu, grzebienie, sznury korali oraz broń.

viking clothing reconstruction at lofotr

Na koniec gorąca kawa i ciacho w kawiarni, należało nam się po wiosłowaniu 🙂

Wszystkie zdjęcia by Wici i Camera Obscura: Medieval Photography.

Rozświetlamy mroki średniowiecza

…, czyli kilka słów o świecy.

W erze elektryczności nie zdajemy sobie w pełni sprawy z tego, jak istotny jest stały dostęp do światła. Jako zwierzęta przystosowane do dziennego trybu życia potrzebujemy sztucznego oświetlenia, by choć w ograniczonym stopniu funkcjonować po zachodzie słońca czy też w mrocznych pomieszczeniach i jaskiniach. Wyobraźcie sobie jak wielkie trudności powoduje zwykły brak prądu jednego wieczora (pominąwszy brak dostępu do Internetu ;)), jak dużo naszych zwykłych zajęć przestaje być dostępne.

Dziś rozwiązaniem problemu ciemności jest żarówka. Kiedyś jej prostym, choć nie prymitywnym, odpowiednikiem była świeca łojowa bądź woskowa, której stearynowym potomkiem posługujemy się do dziś.

Protoplastów świec prawdopodobnie używano nawet już około 5 tys. lat temu, w postaci przede wszystkim lamp i świec łojowych. Forma świec, których znamy została opracowana przez Rzymian i w nieznacznie udoskonalonym kształcie używana w zasadzie do XIX wieku, kiedy została wyparta najpierw przez lampy parafinowe a ostatecznie przez elektryczność.

anceint and new candles

Po lewej świece naszego wyrobu, po prawej świece datowane na VI-VII wiek z Niemiec (CC BY-SA 3.0)

Świeca jaka jest, każdy widzi,…

jednak jak była produkowana, nie każdy wie. W Wiciach odtwarzamy dawny proces produkcji świec metodą maczania. Nazwa metody odnosi się do czynności zanurzania knota w kadzi pełnej rozgrzanego wosku pszczelego.

Czego zatem potrzebujemy w celu stworzenia własnej świecy w stylu naszych przodków? Podstawowa lista obejmuje:

wosk pszczeli (ilość zależy od pojemności naczynia, którego będziemy używać w ramach kadzi),

knot z naturalnego sznurka (np. lniany, bawełniany, choć ten ostatni nie był łatwo dostępny w średniowiecznej Europie), mniej więcej grubości 1/10 średnicy świecy (2 mm knot do 2 cm świecy); nieco dłuższy od wysokości naczynia-kadzi,

naczynie-kadź, w którym będziemy rozgrzewać wosk o wysokości przynajmniej 15 cm; w razie braku pomysłów i dostępu do tego typu przedmiotów polecamy się zrelaksować przy 2-3 puszkach dobrego piwka (wysokości zupełnym przypadkiem ok. 15 cm …),

garnek z wodą – w którym umieścimy powyższe naczynie/naczynia.

Kwałki wosku pszczelego, z którego powstanie świeca, zdjęcie by Wici

Zaczynamy od rozgrzania wosku do temperatury ok. 70 C. W tym celu naczynia z woskiem umieszczamy w garnku z wodą i rozgrzewamy je poprzez kąpiel wodną. W czasie rozgrzewania wosku przycinamy knot do odpowiedniej długości – dla świecy o ok. 12 cm wysokości będziemy potrzebować 20 cm sznurka. Knot najlepiej obciążyć u jednego końca.

Po rozgrzaniu wosku zanurzamy w nim obciążony knot i czekamy kilka chwil na jego zastygnięcie. Knot musi być wyprostowany przez cały czas produkcji. Następnie powtarzamy czynność zanurzania bliżej nieokreśloną liczbę razy, aż świeca nabierze pożądanej grubości ☺

steps of candle making

Maczanie świec to długotrwała czynność… lokowanie produktu zupełnie przypadkowe 😉 Zdjęcia by Wici

Po zastygnięciu świeca gotowa do użycia, a czas spalania świecy o wymiarach 12 cm x 2 cm to ok. 3 godziny. Życzymy udanej produkcji ☺